Blog

O naturze nauczania

W tym roku nauczyłem syna jeździć na rowerze. Nie ukrywam, że wpojenie mu tej powszechnej umiejętności kosztowało mnie sporo wysiłku i frustracji. Dlaczego o tym piszę? Bowiem to doświadczenie nie tylko wiele mnie nauczyło, ale i pozwoliło zrozumieć dlaczego nauczanie Total Immersion jest tak skuteczne.

Jako, że hołduje zasadzie, że lepsze jest wrogiem dobrego i staram się korzystać z mądrości wielu poprzednich pokoleń, naukę rozpocząłem od zakupu i zamontowania dedykowanego do tego rodzaju roweru pałąka (podejście pro przede wszystkim!). Pałąka dzięki któremu co prawda zgubiłem kilka kilo i polepszyłem swoją kondycję podczas wielu kilometrów przebieżek, ale też niestety nie nauczyłem syna jeździć jednośladem. Tak jak to miało miejsce przy mojej własnej nauce pływania kraulem, zmusiło mnie to do chwili refleksji i zastanowienia nad tym czy to mój syn jest tak nieudaczny, czy to może z tą metodą jest coś nie tak. I tak jak wcześniej, gdy pomimo zatrudnienia do mojej nauki kilkukrotnego mistrza Polski juniorów w pływaniu (podejście pro przede wszystkim!) i umordowania się bez większych postępów podczas wielu basenów z deską, szybko odrzuciłem pierwszą alternatywę. To metody są kulawe a nie my! Syna nauczyłem jeździć rowerem w przeciągu dwóch dni – wystarczyło zdemontować na chwilę pedały.

Dlaczego jednak w ciągu dwóch dni udało mi się osiągnąć to, co było nieosiągalne przez ostatnie dwa lata? Dużo o tym myślałem (dotyczy to bowiem istoty nauczania, która jest dla trenera najważniejsza) i teraz widzę, że metody można podzielić na dwie kategorie które nazwałbym dla dobrego zobrazowania jako „wprost” – „pośrednio” albo „dla nagrody” – „dla uniknięcia kary” oraz „przez nabycie” – „przez wydobycie”. Może dziwne, ale tylko na pierwszy rzut oka. Biegając z pałąkiem mój syn nie skupiał się jedynie na nauce równowagi, ale głównie na prowadzeniu roweru – pedałowaniu i kierowaniu (równowagi uczył się „pośrednio”). Po zdjęciu pedałów i poinstruowaniu go, że jego zadaniem jest odpychać się i jak najdłużej utrzymywać nogi w powietrzu zaczął skupiać się głównie na zachowaniu równowagi (nauka „wprost”). Gdy jechaliśmy i trzymałem pałąk syn nie uczył się wcale, natomiast gdy go puszczałem „walczył o życie” robiąc wszystko aby się nie wywrócić (starał się „dla uniknięcia kary”). Po zdjęciu pedałów to on dyktował prędkość, moment podniesienia i opuszczenia nóg, czuł się bezpiecznie i każdy sukces był dla niego „nagrodą”. Niektóre dzieci mają wrodzone wysokie umiejętności motoryczne lub ćwiczyły już równowagę na hulajnodze albo rowerze biegowym. U nich puszczenie pałąka „wydobywa” te już nabyte wcześniej umiejętności (choć zazwyczaj tak uczony nawet nie zdaje sobie z tego sprawy). Oczywiście jazda z pałąkiem także wcześniej czy później nauczy nas utrzymywać równowagę, ale ponieważ nabywanie nie jest jej istotą to zajmie to niewspółmiernie więcej czasu niż przy metodzie stricte na nią nastawionej.

Jak to się ma do nauki kraula metodą Total Immersion?

Przy standardowej nauce kraula zamiast pałąka jest deska. Gdy się jej trzymamy skupiamy się głównie na machaniu nogami i rękami, wykonując wiele czynności naraz. W efekcie uczymy się „pośrednio” i na nasze nieszczęście często nie tylko dochodzimy do błędnych nawyków ruchowych, ale także do alternatywnego sposobu utrzymywania się na wodzie, to jest dzięki silnej (i jakże wyczerpującej) pracy nóg i rąk. Jeśli ktoś posiadł tą umiejętność wcześniej wygrał „wydobywając” ją po odrzuceniu deski. W innym przypadku przepadł z kretesem. W Total Immersion zaczynamy od początku – najpierw od nauki kładzenia się na wodzie, a następnie szybowania bez udziału żadnych zaburzających nam ta naukę „pomocy naukowych”. Dopiero potem skupiamy się na samym ruchu kraulowym (a właściwie tylko jego małym elemencie naraz) i budowaniu równowagi. Czy nie licząc transferu jaźni można jeszcze bardziej „wprost”? Przy standardowej nauce, zbyt wolna lub nieumiejętna praca nogami i rękami lub zabranie deski nieuchronnie powoduje tonięcie i w efekcie wypicie kolejnego kufla wody za zdrowie instruktora, który (tak jak ja wcześniej z synem) korzysta z mądrości poprzednich pokoleń nauczycieli pływania. W takich momentach liczy się nasza determinacja „dla uniknięcia kary”.

W puencie pozwolę sobie wyciągnąć wniosek, że dobry trener to taki, który potrafić dobrać lub wymyślić ćwiczenia tak aby nauka przebiegała wprost, jej poziom zapewniał uczonemu odpowiedni poziom nagród, a każdy kolejny etap nauczania wynikał z poprzedniego (to jest tylko jeden element był nabywany a wszystkie konieczne do jego realizacji wydobywane).

Tyle moich autorskich przemyśleń. Mam nadzieję, że pomogą wam one w wybraniu odpowiedniego podejścia przy zdobywaniu wszelkich umiejętności życiowych. Ja niestety doszedłem do nich już po tym jak nauczyłem się pilotować samolot – o ile mniej by mnie to kosztowało stresu i pieniędzy gdybym już wtedy myślał takimi kategoriami :) Tylko zaraz – co jest pałąkiem w samolocie?

Piotr

PS. Artykuł ten chciał bym zadedykować mojemu instruktorowi latania Grzegorzowi Skomorowskiemu, który nie tylko jest wspaniałym człowiekiem i mentorem, ale i jedyną osobą przy której czuje się bezpieczny bujając w obłokach :)

Autor: Piotr

Opublikowano:
25 listopada, 2012

Komentarze

2
  1. Tomek napisał...

    Dobry tekst, świetna paralela. gratuluję. Osobną kwestią jest nauczenie kogoś kto ma już jakieś nawyki, przeważnie złe, wtedy nie uczysz od zera a od -1 ;-). Ja po kilku latach pływania samodzielnego kraula, miesiąc po kursie dopiero teraz zaczynam łapać równowagę, od której powiniennem był zacząć, gdybym wiedział! Pozdrawiam

  2. Trixie napisał...

    re: “claim Florida as their residence to avoid paying the local income tast1&#822x;Aehletes (like anyone else) pay income taxes based on where their money is earned. So a Nats player pays DC income tax on half their salary, since they play half their games in DC, and pays income tax in other states and Ontario on a pro-rated basis according to the number of games played in each location.

← Blog: strona główna

Znajdź nas na Facebooku